Może nie jest to najbardziej popularny ruch, żeby w momentach kłótni i różnicy zdań, odradzać partnerom rozmowę. Mam świadomość, że przywykliśmy raczej zachęcać ludzi do wymiany słownej i wyjaśniania tego, co kto miał na myśli i co chciał przez to powiedzieć, z nadzieją, że uda się ustalić wreszcie ten wspólny punkt widzenia. Tymczasem mam wrażenie, że bywa dokładnie odwrotnie. Pary kłócą się w oparciu o stały nurt, przetarte wcześniejszymi kłótniami czy dawnymi urazami ścieżki. Rozmowa toczy się w ten sam, schematyczny sposób, co skutkuje utknięciem w martwym punkcie i poczuciem bezsilności. Rozmowa nie jest lekarstwem na wszystko. Równie dobrze może być sposobem na budowanie dystansu, zakrywanie się i niedopuszczanie do kontaktu ze swoimi uczuciami. Klasycy skutecznej i empatycznej komunikacji mają rację, że język „ja” czy język asertywny, dbający o granice i nienaruszający nikogo, ma duży sens. Jednak czasem mam wrażenie, że dwoje wyedukowanych komunikacyjnie ludzi, wyszlifowanych w tzw. języku ja utyka dokładnie w tych samych momentach i nie może się do siebie zbliżyć. Nie chodzi nawet o samą bliskość, ale rodzaj świeżości w kontakcie, zmiany usztywnionej matrycy, znalezienie nowego rozwiązania, które wymaga podjęcia ryzyka. A kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, jak mawiają Rosjanie.
Pochwała milczenia ma więc swoje racje. Usilne próby dogadania się, jakkolwiek sensowne w biznesie i różnych innych systemach opartych na władzy, kiedy ważna jest wymiana rzeczowych argumentów i prześciganie się w nich, nie zawsze sprawdza się w związkach intymnych. Bo co na przykład, kiedy już wszystko zostało powiedziane, a nawet zrozumiane przez obie strony, a bezruch w relacji pozostaje?
Rozmowa może nie tylko służyć twórczości w parze, ale czasem ją mocno ograniczać i nie pozwalać na rozwinięcie się kontaktu. Nie dopuszczać tego, czego właśnie nie widać. Jeśli taki stan jest wam znany, to zachęcam do spróbowania czegoś nowego (!), bo jak mawiał Einstein, szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.
Wzięcie oddechu
Po pierwsze więc milczenie. Milczenie ujawnione. Milczenie w kontakcie, czyli nie takie, co to żartobliwie bywa określane jako milczenie „znaczące”. Milczeć — żeby słuchać i usłyszeć. Po drugie czucie. Czucie siebie i tego, co do mnie dociera, kiedy milczę i patrzę na ciebie. Oddanie życia zmysłom, ciału, wspomnieniom. Pracując z parami w gabinecie, zachęcam partnerów, żeby przez chwilę usiedli naprzeciwko siebie i na siebie popatrzyli, w tzw. bezzałożeniowy sposób. Kto to jest naprzeciwko mnie? Co pojawia się teraz, kiedy siedzimy i patrzymy na siebie? Co odczuwam względem siebie w tej sytuacji, co widzę w nim/w niej? Moment kontaktu granicznego, zwykle wprowadza coś w rodzaju większego bezpieczeństwa i przestrzeni w relacji. Czuję się jako terapeutka zaproszona do tego, żeby taką przestrzeń współtworzyć i ją wspierać. Zakładam, że gdyby partnerzy mogli sobie pozwolić na wzięcie oddechu w swojej relacji, nie potrzebowaliby mnie, jako osoby trzeciej. Z drugiej strony mam poczucie, że intensywność i wieloaspektowość uczuć/doznań/ myśli i doświadczeń w parze, jest nie do uniesienia przez dwójkę osób i naturalne jest, sięgniecie po takie tymczasowe „trzymanie” i wsparcie.
Chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że bywa też taki rodzaj milczenia, który jest agresywny w przesłaniu, ma na celu ukaranie partnera nieobecnością emocjonalną i wycofaniem. Pokazanie mu, że w tej oto chwili, to, co się między nami dzieje, nic dla mnie nie znaczy. Nie o taką zmianę chodzi. Raczej zwracam uwagę na fakt, że przymus przegadywania wszystkiego może ludzi od siebie oddalać i zapętlać w nieskończoności słów.
Zaufać nieznanemu
Związki partnerskie oparte na intymności, cechuje większa intensywność, ale też swoboda doznań. Problemy w obszarze zaufania, to chleb powszedni bliskich relacji. Równolegle pojawia się rodzaj założenia i oczekiwania, że to partner może zrobić coś, dzięki czemu ja zaufam. Nie mówiąc o skrajnych przypadkach, myślę, że kierunek jest trochę inny. To do mnie należy zaufanie. To do mnie należy ryzyko wejścia w relację opartą na zaufaniu i moje rany w razie niepowodzenia będę lizać sama. To znaczące odwrócenie akcentu wprowadza spore zamieszanie, bo przywraca odpowiedzialność za swoje uczucia każdemu z partnerów. Uważam, że warto tutaj rozróżnić zaufanie, które dotyczy prawdomówności i tego, że ktoś mnie nie oszuka i nie wykorzysta do swoich celów. Bliżej mi jest do określenia tego rodzaju zaufania, jako „wiary” – wierzę ci, że mówisz prawdę, nie wierzę ci, że niczego przede mną nie ukrywasz. Taki rodzaj zaufania szczególnie łatwo nadwerężyć w sytuacji zdrady, czy rzeczywistego okłamywania się partnerów.
Jest też inny poziom zaufania. Nie dotyczy tego, co ktoś mi zrobił, a zależy właśnie ode mnie i od tego, czy ja zdecyduję się zaufać. To zaufanie wiąże się z możliwością bycia w relacji zależności, powierzenia się drugiemu człowiekowi, podjęcia ryzyka związanego z bliskością właśnie. Ten rodzaj zaufania odwołuje nas do doświadczeń z przeszłości, które mieliśmy z naszymi rodzicami.
Potyczki z bliskością
Nikt nas przecież nie uczy, jak to jest być w bliskości. Nabieramy pewnych przeczuć czy sympatii wobec wzorców relacyjnych, obserwując związek naszych rodziców jako pary, (uwewnętrzniona para rodzicielska) albo tworząc z nimi osobiste relacje czy później relacje z innymi osobami. Chcę powiedzieć, że nie zawsze rozmawianie o problemach, roztrząsanie ich, może do upragnionej bliskości doprowadzić. Jeśli intymność budzi z jednej strony silne pragnienia i marzenia o niej, z drugiej strony lęk i obawy, warto przyjrzeć się swoim wzorcom przywiązania. Im więcej niepewności, braku i niespełnienia w tym zakresie, tym więcej pragnień i idealizujących potrzeb, żeby ta bliskość była nadzwyczajna, intensywna, zawsze taka, jak na początku związku. W tej sytuacji rozmawianie – może pełnić funkcję poradzenia sobie z uczuciami, które wiążą się z przeszłymi relacjami, w których byliśmy zależni i ta zależność w jakiś sposób została zraniona. Dla niektórych wiąże się to z lękiem przed zaprzeczeniem ich podstawowego prawa do istnienia, obawą przed opuszczeniem, czy porzuceniem. Inni mierzą się ze strachem przed wykorzystaniem, zawłaszczeniem i dominacją. Rozmawianie i kontakt słowny, o ile oczywiście nie prowadzi do twórczych rozwiązań i nie daje ulgi, może funkcjonować jako niedomknięty gestalt i podtrzymywać impas. Chroni z drugiej strony przed bliskością, której pojawienie się, choć upragnione, naraża na kontakt z poprzednimi niedomkniętymi sytuacjami. Bez rozpoznania funkcji i intencji tego, co partnerzy usiłują sobie nieskutecznie domknąć, nie może być rozwoju. W kwestii niedomkniętych figur są one zwykle uparte i zasilane silnym pobudzeniem, dopóki nie zrealizują swojej faktycznej potrzeby. Warto dodać, że ta nieustępliwość, choć paradoksalna i doświadczana jako raniąca przez parę, ma służyć odzyskaniu nadziei na twórcze rozwiązanie pierwotnych dylematów związanych z bliskością i autonomią. Ani odrębność, ani też jedność i połączenie nie są jednak celem procesu terapeutycznego, a raczej zachęcanie do niekończącego się i często niełatwego falowania między nimi. Istotne jest nie tyle nowe rozwiązanie i nowe domknięcie starych usztywnionych schematów działania czy figur, ile utrzymywanie pulsowania między tymi wymiarami.
Terapia pary
Mam taką refleksję, że przychodząc na terapię, para musi wiele razy powtórzyć i odtworzyć ten sam schemat, żeby go wreszcie wysycić i uwolnić, co jest trudne i frustrujące. Ufam, że w tym desperackim nieraz tańcu, jest jakaś zasadność. Dopóki jest ruch czy pulsowanie między różnymi wymiarami relacji, trwają poszukiwania wyjścia z tego labiryntu. Terapeuta chwilowo funkcjonuje jako dobry rodzic pary i ich związku, pomagając rozwikłać zaklęcia, które bezskutecznie sobie rzucają. Uczy bliskości poprzez rozdzielenie tego, co tu i teraz dzieje się między nimi od tego, co wnoszą z przeszłych relacji. Pomaga im to zobaczyć i przeżyć.
Bardzo cenne jest jednocześnie, kiedy konfliktowa i pełna napięcia wymiana, pojawia się w gabinecie. Dzięki niej można dostrzec na żywo to, co nieświadomie wnoszone jest do związku i wplata się w codzienność jako usztywniona figura. Przy czym istotne dla mnie jako terapeutki jest nie tylko to, co i jak partnerzy mówią do siebie w momentach kryzysowych, ale też co robią i czego unikają.
Pamiętam sytuację z gabinetu, kiedy z zaskoczeniem dla całej trójki udało się dostrzec, że w momencie zwiększonego napięcia, oboje partnerów natychmiast przestawało na siebie patrzeć, a zamiast tego, każde odwracało głowę i spoglądało gdzieś w swoją stronę. Ona w podłogę, on za okno. Zapytałam ich wtedy, z czym mają teraz kontakt. Oczywiście prowadzili w danym momencie monolog wewnętrzny odwołujący się do ich osobistych skrzywdzeń. Będąc w kontakcie ze swoim światem wewnętrznym, który przyciągał intensywnością, nie widzieli partnera jako realnej osoby i pielęgnowali projekcje, które domagały się natychmiastowego dopuszczenia do głosu. Był to sposób tej pary na przerywanie kontaktu ze sobą wzajemnie. Nie jest prostą sprawą być jednocześnie świadomym tego, co dzieje się we mnie i w tym samym czasie utrzymywać połączenie z drugim człowiekiem. Wymaga to dojrzałości i odwagi w odkrywaniu własnych mechanizmów obronnych. W powyższym przykładzie, wycofanie partnerów do własnego świata, powodowało zatrzymanie uczuć umożliwiających wzajemne zaintrygowanie i zainteresowanie sobą, inaczej retrofleksję ciekawości (mechanizm przerywania kontaktu polegający na zatrzymaniu i skierowaniu do wewnątrz uczuć, pierwotnie nastawionych na świat zewnętrzny). Jednocześnie zamiast realnego widzenia siebie, partnerzy przywoływali projektowane z przeszłości urazy, związane z dawnymi relacjami. Poruszająca była możliwość odkrycia tego zjawiska, co nie miałoby miejsca, gdybyśmy w sytuacji terapeutycznej skupiali się jedynie na warstwie werbalnej.
Co pozwala wyjść z projekcji? Zgodnie z teorią i praktyką Gestalt, służy temu elementarne doświadczenie, jakim jest kontakt. Przy czym — kontakt otwierający się na czucie, nie tylko na myślenie i rozumienie. Uwrażliwiający zmysły, a z drugiej strony agresję i granice. Tym bardziej warto śledzić, jakie niepokoje wnosimy do relacji, bo im silniej nieufne, chwiejne, czy lękowe wzorce przywiązania, tym mniej przestrzeni na kontakt graniczny, pozwalający na eksplorowanie różnic, złości i czułości.
Podkreślając wagę milczenia, chciałabym zwrócić uwagę na wartość kroku wstecz w rozmowie, który umożliwia bycie w kontakcie JA – TY, przywracającym funkcję czucia. Dzięki temu wcześniejsze projekcje, związane z mówieniem i patrzeniem jedynie na to, co robisz ty, będą miały szansę powrócić do właściciela (autora). Terapeuta jest tutaj wsparciem, jako ten trzeci i pomaga dbać o orzeźwienie tego, co zastygło w starym i niestrawnym sosie, jest strażnikiem świeżości.
Co warto poczytać na ten temat:
- Beyond the Hot Seat: Gestalt Approaches to Group, B. Feder & R. Ronall. NewYork:Brunner/Mazel
- Koncepcja przywiązania od teorii do praktyki klinicznej, red. Barbara Józefik , red. Grzegorz Iniewicz, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego,
- Przywiązanie, John Bowlby, Wydawnictwo Naukowe PWN
- Psychoterapia par, red. Stanley Ruszczyński, Wydawnictwo Oficyna Ingenium
Anna Bal – psycholog, psychoterapeutka humanistyczno – egzystencjalna (Gestalt), pracuje w Warszawie, prowadząc psychoterapię indywidualną, grupową oraz par. Umiejętności terapeutyczne szkoliła w Moskiewskim Instytucie Psychoterapii Gestalt (w Odessie i Kaliningradzie) oraz Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt w Krakowie. Prowadzi terapię również w języku rosyjskim. (annabal.pl)